Jeszcze parę lat temu stres towarzyszył mi na każdym kroku. Był podpięty do mojej codzienności jak pasożyt, wysysając wewnętrzny spokój, zatruwając mój organizm.
Objawiał się w mniej lub bardziej istotnych sytuacjach. Przed trudnym egzaminem, gdy sprzed nosa uciekł mi autobus. Gdy goniły mnie terminy, a ja nie miałem dokończonego projektu. W ogóle nie zastanawiałem się nad tym, czy odczuwanie stresu w danej sytuacji miało sens. Po prostu miałem wpisany algorytm: uciekł mi autobus, więc trzeba kląć pod nosem i wzdychać ciężko, napinając wszystkie mięśnie w ciele. Nie przygotowałem się dobrze do egzaminu, więc muszę zacisnąć zęby i czekać na najgorsze, pocąc się ze strachu.
Zatapiałem się w negatywnych uczuciach z przyzwyczajenia, nieświadomie robiąc sobie krzywdę.
Zapewne też tak masz. Chciałbym, żebyś na moment przestał/przestała czytać ten tekst. Zastanów się, jak często w tygodniu odczuwasz stres i w jakich sytuacjach.
Czy uważasz, że negatywne emocje są Ci potrzebne do normalnego funkcjonowania?
Czy uważasz, że stres daje Ci jakiekolwiek korzyści?
W ilu przypadkach, po stresogennej sytuacji możesz z czystym sumieniem stwierdzić, że odczuwanie stresu było zasadne? Bo ja znam tylko jedną taką okoliczność: bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia.
Tak, bałem się jak cholera, gdy w środku tajfunu przedzierałem się bez jedzenia przez śliskie szczyty gór, mając po obu stronach urwisko. Ale to było realne zagrożenie. Natomiast społeczeństwo wychowuje nas, byśmy przejmowali się wszystkim i wszędzie, najlepiej każdą najmniejszą pierdołą. Jeszcze dałoby się to zaakceptować, gdyby chodziło o rzeczy, które faktycznie dzieją się tu i teraz.
Najczęściej jednak jest tak, że stresujemy się rzeczami, które MOGĄ, ale NIE MUSZĄ nadejść. Ciężkim egzaminem, opinią ludzi na nasz temat gdy podejmiemy działanie, rozmową kwalifikacyjną, napiętym grafikiem. Moi rodzice często panikują, gdy ja lub brat podróżujemy samolotem. Czyli faszerują się stresem wynikającym z tego, że coś MOŻE się zdarzyć. Za każdym razem jednak wszystko kończy się pomyślnie, a oni mają na własne życzenie zszargane nerwy i brak snu w nocy.
Udowodniono naukowo, że odczuwanie stresu osłabia system immunologiczny i otwiera drzwi wszelkim chorobom. Czy wiecie, że w stresujących sytuacjach komórki zrzekają się swoich normalnych funkcji i przyjmują postawę defensywną? Oznacza to, że zasoby energii podtrzymujące rozwój organizmu przekierowywane są do systemu odpowiedzialnego za zapewnienie ochrony w czasie stresu. Prowadzi to do różnych zaburzeń pracy Twojego organizmu. Zaburzeń, które nie mogą być dla Ciebie niczym więcej niż trucizną.
Odczuwanie stresu można porównać do jazdy autem. Pierwszy kierowca będzie omijać dziury na drodze, drugi w nie wjeżdżać. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, kto zajedzie dalej. Na nasze nieszczęście uczeni jesteśmy by być tym drugim typem kierowcy, czyli kretynem, który na własne życzenie rujnuje swoje auto.
Oczywiście koncerny farmaceutyczne mają na to odpowiedź. Odczuwasz stres? Masz tu pigułki, ćpaj, śmiało. Wpychaj do ryja i popijaj wodą. Tylko nie zapomnij przeczytać ulotki dołączonej do opakowania.
Czyli wracając do metafory z jazdą: Twoim błędem nie jest to, że wjeżdżasz autem w każdą dziurę, jak ostatni debil. Twoim błędem jest to, że nie wykonujesz regularnych napraw w warsztacie!
Porównanie z dziurawą drogą ma jeden mankament – w maszynie łatwo wymienić popsute części, a ciało masz jedno od narodzin aż po grób.
Twoje myśli należą do Ciebie, ale nie potrafisz nad nimi panować. Pakujesz się w wir negatywnych emocji, fundując sobie stres, który z kolei zwalczasz chemią rozkładającą Twój organizm. Kumpel, który pracuje w aptece powiedział mi, że coraz więcej młodych ludzi faszeruje się lekami uspokajającymi.
Największą pomyłką tego świata jest patologiczna sytuacja, w której każdy ma mózg, ale nikt nie ma dołączonej do niego instrukcji obsługi. Naprawdę mało znam ludzi, którzy świadomie kontrolują swoje myśli, potrafią odpowiednio przekierowując skupienie i trzymać swoje uczucia w ryzach. A to przecież powinna być cegiełka elementarnej edukacji, czy to w domu czy w szkole.
To nie jest tak, że musisz odczuwać stres. Ty POZWALASZ sobie go odczuwać. Z całą pewnością potrafisz sobie przypomnieć sytuację, w której panika przejmowała nad Tobą kontrolę, natomiast ktoś inny był całkiem wyluzowany i uśmiechnięty. Najprostszym przykładem są egzaminy na studiach. Kiedy uczyłem się na SGHu niedobrze mi się robiło, kiedy spokojnie czekałem na korytarzu, podczas gdy moi znajomi z roku karmili się stresem, gorączkowo przerzucając notatki. Zachowywali się co najmniej tak, jakby mieli za moment zostać solidnie wychłostani. A przecież i tak ostatecznie większość zdawała, jak nie za pierwszym to za drugim razem.
Pamiętam, gdy czekałem na obronę pracy magisterskiej. Przede mną miała wejść drobna dziewczyna. Była blada i dosłownie trzęsła się ze strachu. Próbowałem ją uspokajać, ale była kompletnie opętana przez stres. Efekt? Wyszła z egzaminu po dziesięciu minutach cała zapłakana. Tuż za nią wybiegł promotor. Szlochając tłumaczyła mu, że kompletnie się pogubiła i nie była w stanie przypomnieć sobie rzeczy, które powtarzała regularnie przez ostatnie dwa tygodnie.
Oczywiście byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że ja w ogóle nie odczuwałem strachu. Stres był, ale marginalny. Po pierwsze dlatego, że byłem świadom wiedzy, jaką posiadam. Po drugie wiedziałem, że zawsze świetnie radzę sobie na egzaminach ustnych dzięki dobrze rozwiniętym umiejętnościom miękkim. Po trzecie jasne dla mnie było, że nie wszystko zależy ode mnie i nie mam całkowitej kontroli nad przebiegiem egzaminu.
Zamartwiamy się rzeczami, na które nie mamy wpływu, podczas gdy bezpowrotnie ucieka nam życie. Codzienność może być kolorowa, jeśli tylko tego chcemy. Wystarczy nauczyć się odpuszczać. Wziąć głęboki wdech, gdy stanie się coś, czego nie mogliśmy przewidzieć i nad czym nie posiadamy kontroli.
Masz kontrolę nad tym, co dzieje się w Twojej głowie. Nie mów, że to wina Twojego charakteru, że nie potrafisz inaczej. Takie wymówki są dobre dla dzieci. Prawda jest taka, że sam wartościujesz rzeczy i sytuacje, które Cię spotykają. Jeśli jesteś wkurzony lub zestresowany, to w większości przypadków TWOJA wina.
Bycie smutnym, zamartwianie się każdą duperelą jest łatwe. To jest nasz program domyślny. Prawdziwym wyzwaniem jest pozostanie pozytywnym wtedy, gdy wszystko dookoła się wali. Konwertowanie myśli w taki sposób, by z każdej sytuacji wyciągać plusy. Pozbycie się manii kontroli nad każdym aspektem codzienności.
I to właśnie powinno być silnym postanowieniem każdego świadomego człowieka na 2015 rok.



11 kwietnia 2019


